uwielbia słowo „autentyczność”. Jest odmieniane przez wszystkie przypadki, wklejane do strategii marek, bio na Instagramie i manifestów twórców. Każdy chce być autentyczny. Każdy zapewnia, że mówi „prawdę”. Problem polega na tym, że im częściej o autentyczności mówimy, tym bardziej zaczyna ona przypominać kolejną technikę komunikacyjną.
Autentyczność miała być przeciwieństwem marketingu. Tymczasem marketing bardzo szybko nauczył się ją symulować.
Kreacja jest naturalną częścią komunikacji. Zawsze nią była. Każda opowieść jest wyborem. Każda narracja jest interpretacją rzeczywistości. Problem zaczyna się w momencie, gdy kreacja przestaje służyć sensowi, a zaczyna służyć wizerunkowi. Gdy nie opowiada już o tym, kim jesteśmy, ale o tym, kim chcielibyśmy, żeby inni myśleli, że jesteśmy.
Fałsz rzadko polega na kłamstwie wprost. Częściej polega na selektywnej prawdzie. Na pokazywaniu tylko tego, co wygodne, estetyczne, bezpieczne. Na wycinaniu wszystkiego, co nie pasuje do narracji. W efekcie powstaje obraz spójny, ale martwy. Poprawny, ale pozbawiony życia.
Współczesny odbiorca
bardzo dobrze wyczuwa tę różnicę. Nie zawsze potrafi ją nazwać, ale reaguje intuicyjnie. Coś „nie gra”. Coś jest zbyt gładkie. Zbyt równe. Zbyt przewidywalne. I nawet jeśli komunikat jest logiczny, emocjonalnie nie działa.
Autentyczność nie polega na mówieniu wszystkiego. Polega na mówieniu tego, co prawdziwe w danym momencie. Na zgodzie między doświadczeniem a komunikacją. Między tym, co marka przeżywa, a tym, co pokazuje światu. To subtelna różnica, ale fundamentalna.
Kreacja staje się problemem wtedy, gdy zaczyna przykrywać rzeczywistość, zamiast ją interpretować. Gdy marka udaje stabilność, zamiast przyznać się do zmiany. Gdy udaje pewność, zamiast pokazać proces. Gdy opowiada o wartościach, których nie praktykuje.
Autentyczność nie jest estetyczna
Nie jest równa. Czasem jest niespójna, niedokończona, niepewna. I właśnie dlatego tak trudno ją „zaprojektować”. Nie da się jej w pełni zaplanować, bo jest efektem relacji między marką a światem, a nie strategii komunikacyjnej.
Wiele marek wpada dziś w pułapkę performatywnej autentyczności. Pokazują kulisy, ale tylko te ładne. Mówią o trudnościach, ale tylko takich, które już zostały rozwiązane. Przyznają się do błędów, ale wyłącznie wtedy, gdy nie grozi to żadnym realnym kosztem. Autentyczność staje się spektaklem. Kontrolowanym, bezpiecznym, przewidywalnym.
Tymczasem prawdziwa autentyczność zawsze niesie ryzyko. Ryzyko niezrozumienia. Odrzucenia. Braku natychmiastowej aprobaty. I właśnie dlatego jest tak cenna. Bo nie powstaje po to, by się podobać, lecz po to, by być w zgodzie.
W marketingu często myli się autentyczność z prywatnością. Albo z bezpośredniością. Albo z „byciem sobą” rozumianym jako spontaniczne mówienie wszystkiego, co przyjdzie do głowy. To błąd. Autentyczność nie polega na braku filtra. Polega na uczciwym filtrze.
Autentyczna marka wie, co jest jej, a co nie. Wie, czego nie komunikuje – nie dlatego, że coś ukrywa, ale dlatego, że nie wszystko musi być komunikatem. Kreacja jest wtedy narzędziem porządkowania sensu, a nie maską.
Granica między opowieścią a fałszem przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się odpowiedzialność. Gdy marka nie bierze odpowiedzialności za skutki swoich słów. Gdy mówi jedno, a robi drugie. Gdy narracja zaczyna żyć własnym życiem, oderwanym od realnych działań.